Wstydzę się chodzić do teatru

3
1 kwietnia 2014 o 14:58  •  Eventy  •   •  3 odpowiedzi

Wchodzę do teatru, siadam na fotelu i czekam spokojnie na spektakl. Kilka miejsc ode mnie wstaje aktor, który prosi o wyłączenie telefonów, po czym rozpoczyna swoją kwestię słowami „Jestem ekskrementem”. Kompletnie nagi.

Mam problem z teatrem – zwyczajnie się go boję, bo nigdy nie wiem, czego mogę spodziewać się po sztuce. I wcale nie chodzi o to, że idąc na „Towiańczycy, królowie chmur”, nie sprawdziłam, że to przedstawienie dla dorosłych i część aktorów występuje nago, a na ekranie stojącego na scenie telewizora wyświetlany jest ostry pornos – moje niedopatrzenie. Chodzi o zacieranie granic między sztuką a rzeczywistością, które niepokoi mnie równie mocno, co zobaczony ostatnio mash up intro z „Hause of Cards” i „Walking Dead”.

Bo gdyby Marta Ścisłowicz pozostała na scenie na rumaku, którego oplotła nogami niczym bohaterka „Szału uniesień”, byłabym bezpieczna. Niepewność zaczyna się w momencie, gdy naga wchodzi z przesłoniętymi oczami pomiędzy rzędy na widowni i zaczyna się przeciskać. A ja mam tylko nadzieję, że się o mnie nie otrze. Nikłe prawdopodobieństwo, że jednak do tego dojdzie, sprawia, że czuję się bardziej obnażona niż ona, bo przecież na mnie też będą patrzeć.

To tylko przejaskrawiony przykład. Pamiętam jak jeszcze w podstawówce na szkolnym przedstawieniu podszedł do mnie clown i poprosił, żebym pociągnęła wystającą z rękawa chustę. Chusta była oczywiście magiczna i ciągnęła się jak „Moda na sukces”, a ja zamiast się śmiać byłam przerażona, że wszystkie dzieci patrzą, a ja nie potrafię tej chustki „skończyć”. To moment, gdy tracę pewność, kto jest aktorem.

Kiedy na studiach jeździłam na konferencje naukowe, często stykałam się z fatalnymi prezentacjami. Młodzi naukowcy, którzy na co dzień siedzą w swoich labach, zwykle są kiepskimi mówcami. Stoją z tymi kartkami, język im się plącze i są spoceni jak Danny Devito, kiedy wychodzi na swoim „pogrzebie” z kanapy. W takich sytuacjach mam ochotę zakryć oczy i udać, że tego nie widzę, byle tylko mogli się wstydzić w samotności. Prawdziwe piekło to wstyd i on na mnie promieniuje.

Podobnie czuję się zawsze w teatrze. Chociaż aktorzy mylą się rzadko, jestem spięta, że za moment coś pójdzie nie tak. Ktoś zamiast „wady i zalety” powie „zady i walety”, ktoś się przewróci, komuś pęknie kostium, a wśród widzów znajdzie się burak, który podaruje mi bukiet swoich komentarzy i gardłowego śmiechu. I zaleje mnie wstyd.

Tuż przed końcem „Towiańczyków” jedna z aktorek złapała za rękę kobietę z widowni i powiedziała, że będzie na nią czekać po spektaklu przy tylnym wejściu do teatru. Jestem ciekawa, czy rzeczywiście stała tam w ciemności. Przez moment chciałam to sprawdzić. Nie mogę przestać myśleć o tym, czy gdyby tam była znaczyłoby to, że na scenie była po prostu sobą czy że po sztuce nie wyszła z roli. I czy gdybym je tam zobaczyła, byłabym zwykłym podglądaczem czy wciąż widzem przedstawienia.

Przed wejściem na spektakl zainstalowano śpiącego Seweryna Goszczyńskiego, który już w w trakcie sztuki opowiadał o swoich snach.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.4/10 (5 votes cast)
Wstydzę się chodzić do teatru, 9.4 out of 10 based on 5 ratings
  • tet

    Przecież teatr już od czasów greckich przełamywał tą granicę między widzem a sceną. Stąd się wzięło pojęcie oczyszczenia czyli katharsis więc nie wiem skąd to zaszokowanie współczesnym teatrem 😉

    • http://popfiction.pl/ Ola Gołąb

      To nie jest szok, a po prostu refleksja na temat moich wrażeń. To że się „wstydzę”, wcale nie przeszkadza mi wracać do teatru :)

  • Bokobród

    Świetnie opisała Pani uczucia, które także mi towarzyszą w teatrze.