W piekle Browna – dlaczego nie poszłabym na randkę z Robertem Langdonem

1
3 listopada 2013 o 22:39  •  Książka, Top  •   •  1 odpowiedź

„Inferno”, nowa książka Dana Browna, nie zaskakuje. Akcja z masą cliffhangerów trzyma jak zawsze w napięciu, powieść bombarduje historycznymi ciekawostkami, a Robert Langdon po raz trzeci z rzędu nie zalicza.

Podobieństwo Roberta Landgona do Indiany Jonesa jest oczywiste. Wiadomo – popkultura to sztuka remiksu, a każdy twórca skądś czerpie swoje inspiracje. Zresztą, Dan Brown wcale tego nie ukrywa i w drugiej części przygód przystojnego profesora historii puszcza oko do czytelnika pisząc, że wygląda on jak Harrison Ford w tweedowej marynarce.

Langdon to w ogóle taki elegant. Nosi zawsze ubrania tej samej marki, na nogach ma skórzane lordsy. Jest przystojny i bardzo dobrze zbudowany, bo każdy dzień zaczyna od przepłynięcia kilku długości basenu. Do tego jest szalenie inteligentny, elokwentny, zabawny i pija tylko drogie alkohole. To publikowany autor o światowej sławie. No i ma tę słynną ejdetyczną pamięć, o czym czytelnik nie ma szansy zapomnieć, bo Brown przypomina o tym regularnie w co drugim rozdziale.

Wydawać by się mogło, że to wymarzona partia. Nic dziwnego, Brown powiedział w jednym z wywiadów, że to po prostu jego super alter ego – mężczyzna, którym chciałby być (data urodzenia Langdona pokrywa się z urodzinami jego twórcy). Powinien znajdować się w centrum zainteresowania każdej studentki historii – od typu zahukanej bibliotekarki do Lary Croft. Tymczasem od romansu z Vittorią Vetra w „Aniołach i demonach” u Roberta wielka posucha.

Dlaczego tak jest? Odpowiedź jest prosta – Rober jest z kartonu. Historyk nie ma żadnych minusów. No może poza klaustrofobią, która wydaje się jednak być bardziej wybranym przypadkowo modnym dodatkiem i to o bardzo przewidywalnym źródle (jako mały chłopiec wpadł do studni). Profesor jest również do znudzenia przewidywalny – w zasadzie w całej serii nie robi nic, czego nie można byłoby się po nim spodziewać. Jedyną szczyptą szaleństwa, na jaką pozwala sobie Robert, jest zegarek z Myszką Miki – prezent od rodziców, który ma mu przypominać, żeby „nie brać życia zbyt serio”. Nuda.

Hipotetyczna randka z profesorem Langdonem? Kolacja w eleganckiej restauracji, drogie wino i rozmowy o symbolach ukrytych w rzeczach codziennego użytku. I niby nie brzmi to źle, jedyny problem polega na tym, że Robert jest do tego stopnia jednowymiarowy, że żaden inny scenariusz nie przychodzi mi do głowy. Jak celnie zauważa Leszek Bugajski, Langdon to tylko zawód i nazwisko. Zupełnie inaczej niż w przypadku Indiany.

Sama książka, tak jak wcześniej napisałam, nie zaskakuje. Dla miłośników tej serii będzie bardzo fajnym kąskiem. Fabuła jest gęsta, śledzi się ją bardzo przyjemnie. I tylko intryga z części na część jest coraz grubsza.

Okazuje się, że Indiana Jones i Robert Langdon mają ze sobą jeszcze jedną wspólną rzecz. (UWAGA, SPOILER) Jeżeli oglądaliście odcinek „The Big Bang Theory” z ostatniej serii zatytułowany „The Raiders Minimization” wiecie, że Indie w zasadzie nie miał wpływu na ostateczne zakończenie „Poszukiwaczy zaginionej Arki” – bez niego Arka i tak zostałaby odnaleziona, a naziści zabici.

Dokładnie tak samo jest w przypadku „Inferno”. Z szerszej perspektywy historia Roberta ujęta w tej książce mogłaby się w ogóle nie wydarzyć, bo nie ma żadnego wpływu na ostateczny wynik fabuły. Robert z pozoru przez całą książkę ratuje świat, ale w rzeczywistości jego poczynania są dla świata tak samo nieistotne jak przygody Jonesa. Indiana Jones ma jednak tę przewagę, że swoją irrelewantność uprawia z większym autentyzmem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.3/10 (7 votes cast)
W piekle Browna – dlaczego nie poszłabym na randkę z Robertem Langdonem, 9.3 out of 10 based on 7 ratings
  • Jaskier

    Porównywanie Roberta Langdona do Indiany Jonesa powinno być ścigane z urzędu. Bo… Poważnie? Przecież to nie ta liga, że się tak wyrażę, kultowości.