Trzy najzabawniejsze serie horrorów

3
30 października 2013 o 11:04  •  Film  •   •  3 odpowiedzi

Nie przepadam za Halloween, muszę to jednak otwarcie przyznać: przełom października i listopada to najlepszy moment na maraton horrorów.

Prawda jest taka, że jeżeli chodzi o horrory, jestem wielkim mięczakiem. Nie mam problemu z oglądaniem gore – morze jelit i rozbryzgany mózg bywają obrzydliwe, ale raczej nie straszne. Problem zaczyna się, gdy pojawia się jakaś ukryta, niewypowiedziana groza. Reżyser przez połowę filmu buduje napięcie, a potem kulminuje je w i tak najmniej oczekiwanym momencie. To tej pory pamiętam, że po obejrzeniu „The Ring” przez tydzień bałam się chodzić w internacie pod prysznic po 22, gdy nikogo już nie było w łazienkach. Te małe dziewczynki w azjatyckich horrorach zawsze ociekają wodą.

Dlatego właśnie lubię horrory starej daty w stylu „Potwora z Czarnej Laguny”. Bez zbędnych ceregieli wywalają mi tego potwora w ciągu pierwszych kilkunastu minut w miejsce, w którym widzę go jasno i wyraźnie ze wszystkimi mackami i innymi pokracznymi wypustkami. Takie filmy mogę oglądać ciągiem i chętnie do nich wracam. Poniżej trzy propozycje na maratony horrorów, które absolutnie nie są straszne.

Martwe zło

Trzecią część tej serii, czyli „Armię ciemności”, widziałam z moim starszym bratem jeszcze jako gówniara. Wtedy nie byłam pewna czy się bać, czy śmiać. Dziś zdecydowanie się śmieję. Jedynkę i dwójkę zobaczyłam w ciągu ostatniego miesiąca i jestem nimi absolutnie zachwycona.

Fabuła jest prosta: grupa znajomych wybiera się do domku w lesie, gdzie odnajdują Księgę Umarłych. Przy jej pomocy budzą do życia tytułowe martwe zło. Jest bardzo dużo krwi i odciętych fragmentów ciała, a każda kolejna scena zabiera nas coraz głębiej w atmosferę sennego koszmaru wariata.

O tyle, o ile pierwsza część próbowała chyba jeszcze straszyć, dalej do już czysty pastisz. „Martwe zło” łączy w sobie klasyczne gore z czarnym humorem.

Wszystkie techniczne niedoróbki wynikające z niskiego budżetu, film nadrabia dynamiką. To głównie zasługa świetnych zdjęć oraz zaangażowania Bruce’a Campbella, który grając Asha tarza się w litrach sztucznej krwi, walczy z własną ręką i uśmierca ZŁO piłą mechaniczną.

W tym roku powstał remake pierwszej części serii. Co ciekawe, zrobił go Sam Raimi, czyli reżyser pierwowzoru. Tym razem jest to horror „na poważnie”. Od strony wizualnej film jest na poziomie mistrzowskim. Ostatnio potwierdzono również, że powstanie druga część „Armii Ciemności”.

Laleczka Chucky

Tę historię zna chyba każdy. Morderca Charles Lee Ray ginie w sklepie zabawkowym, a jego dusza wciela się w lalkę. W sumie mało przekonujący wybór jak na sadystycznego zabójcę. Lalka trafia do chłopca imieniem Andy. To klasyczny slasher – wokół dziecka zaczynają znikać kolejne osoby.

Ten motyw ciągnie się przez pierwsze trzy części serii. Mało kto dobrnął natomiast do czwórki oraz piątki i miał okazję zobaczyć jak Chucky zdobywa „dziewczynę” i co powstaje jako owoc tego związku. Ot, zwykłe perypetie marionetek voodoo.

„Laleczka…” nie jest żadnym majstersztykiem kina. Wydaje się, że twórcy osadzając mordercę w niewinnym przedmiocie chcieli uzyskać jakiś wstrząsający efekt. Zamiast tego jest groteskowo. Za każdym razem gdy Chucky zabija, czuję się jakby oglądała scenę z „Monty’ego Pythona i Świętego Graala”, w której rycerzom do gardeł rzuca się miniaturowy królik.

Dodatkowo film absolutnie nie wytrzymuje próby czasu. Efekty wyglądają momentami po prostu tandetnie, a przecież pierwsza część serii powstała 11 lat po „Gwiezdnych wojnach”.

A mimo tego „Laleczka Chucky” jest w mojej opinii świetnym materiałem na maraton filmowy. Przez swoją pokraczność dostarcza niesamowitej dawki humoru.

Żywe trupy

Na koniec czysta klasyka horroru, czyli dwa filmy w reżyserii George’a Romero: „Noc żywych trupów” i „Świt żywych trupów”.

Nie przypominam sobie innego filmu o zombie, w którym trupy wstawałyby z grobów pod wpływem… tajemniczego promieniowania z meteorytu. Dokładnie tak. Nie żadne tam hokus pokus ani wirusy przenoszone drogą kropelkową. To nawet w świecie zombie jest fantastycznie absurdalny pomysł.

W pierwszej części mamy do czynienia z grupą przypadkowych ludzi ukrywających się w jednym domu. Zmagają się oni nie tylko z hordami nieumarłych, ale również z sobą nawzajem. Druga część osadzona jest w pełnym zombie centrum handlowym, gdzie bohaterowie walczą na dwóch poziomach: z trupami i galopującym kapitalizmem.

Filmy Romero lubię za to, że nie są przesadzone. Przy obecnym zombie-boomie, jaki serwuje nam Hollywood, dostajemy produkcje o maksymalnej ilości efektu specjalnych i minimum historii. Tutaj jest inaczej – ciągle pierwszą rolę grają żywi i relacje między nimi.

Niedawno miałam okazję zobaczyć remake „Świtu żywych trupów” z 2004 roku i muszę powiedzieć, że to jeden z gorszych filmów, które ostatnio widziałam. Poziom aktorstwa jest po prostu minimalny.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.3/10 (3 votes cast)
Trzy najzabawniejsze serie horrorów, 9.3 out of 10 based on 3 ratings
  • Macc

    A gdzie seria „Powrót żywych trupów”? Skoro jest cykl o „Martwym źle” i „Laleczce Czaki”? Co do horrorów które nie straszą dorzuciłbym o „Re-Animatorze”- te wszystkie sagi są jednym z lepszych przedstawicieli horrorów komediowych jakie w ogóle powstały.

    • http://popfiction.pl/ Ola Gołąb

      Oczywiście temat nie jest wyczerpany i można by o tym pisać jeszcze długo. „Powrotu żywych trupów” nie wrzucałam bym jednak do tego worka, to z założenia była raczej czarna komedia. W przypadku powyższy przynajmniej pierwsze części miały być straszne.

  • Jaskier

    Raimi nie wyreżyserował nowego „Martwego zła”.

    Żadnej wzmianki o gwałcących drzewach? 😛
    Potwierdzam, że cykl warty poświęcenia mu czasu. Bruce Campbell daje wspaniały popis i na wieki zapisuje się w panteonie kozaków kina lat osiemdziesiątych. Jako lider tej grupy.

    Za pozostałymi dwoma seriami nie przepadam, nie oglądałem i jakoś mnie nie ciągnie. Zaliczyłem kiedyś jedynie seans „Świtu żywych trupów” Snydera.