Remake – drugie imię popkultury

2
5 listopada 2013 o 20:50  •  Film  •   •  2 odpowiedzi

Miesiąc temu widziałam nowe „Martwe zło”, w kinach na tapecie wciąż jest „Carrie”, a w przyszłym roku premierę będzie miało odświeżone „Dirty Dancing”. Ale to jeszcze nic – New Line Cinema wciąż odgraża się, że zrobi własną wersję „Sierocińca”, filmu z… 2007 roku! W branży remake’ów właśnie przekraczane są ostatnie granice dobrego smaku.

Trend na odświeżanie starych filmów, ale również robienie sequeli, prequeli i absurdalne ekranizowanie jednej książki w dwóch częściach (Harry Potter VII, Zmierzch IV), gości w Hollywood od dobrych kilku lat. Świetnie widać to na przykładzie serii o superbohaterach, które są w kółko do znudzenia maglowane w różnych odsłonach.

Ale to tylko pozornie nowy trend. Fabryka Snów już od dawna uprawia filozofię sprzedawania tego samego produktu w różnych opakowaniach – wszystko po to, by jeszcze głębiej sięgnąć nam do kieszeni. Przykłady? „Zapach kobiety” z 1998 roku z mistrzowską rolą Ala Pacino to readaptacja włoskiego „Profumo Di Donna”. „12 małp” Terry’ego Gilliama z 1995 roku to wariacja na temat krótkiego francuskiego „La Jetee” z 1962 roku. Nawet genialne „Coś” Johna Carpentera z 1982 to remake filmu „Rzecz” Hawksa z 1951 roku.

Choć ten ostatni to kwestia sporna. Z definicji remake to film, który powstaje na podstawie tego samego scenariusza, ewentualnie zmienionego o kilka szczegółów. Tymczasem „Coś” to ekranizacja książki Campbella „Who goes there”, więc trudno powiedzieć czy to remake „Rzeczy” czy po prostu readaptacja  książki.

Na mój własny użytek uznaję, że remake to po prostu opowiedzenie jeszcze raz tej samej historii, bo biorąc pod uwagę fakt, że większość tego co wypuszcza Hollywood to ekranizacje książek czy sztuk, mogłoby się nagle okazać, że „prawdziwych” remake’ów jest zaskakująco mało. A chyba wszyscy czujemy, że jest zupełnie inaczej.

Odświeżanie samo w sobie nie jest złe. Wspomniane „12 małp” czy „Coś” to jedne z moich ulubionych filmów. Oprócz tego mamy świetny „Przylądek strachu”, „Bezsenność”, „Człowieka z blizną”. Przyznam –nie widziałam większości pierwowzorów, ale chyba to jest największą wartością remake’ów – wziąć stary film o zmarnowanym potencjale i wycisnąć z niego co się da.

Powstaje tutaj słuszne pytanie, czy w związku z tym powinno się robić wyłącznie remake’i słabych filmów. Przy okazji zbliżającej się premiery „RoboCopa” usłyszałam, że filmy kultowe powinno się zostawić w świętym spokoju i zwyczajnie ich nie ruszać.

Zupełnie się z tym nie zgadzam. Można wziąć dobry film i zrobić z niego dobry remake. Tak właśnie było w przypadku „Martwego zła”. Pierwsza wersja to groteskowy horror, który momentami bardziej śmieszny niż straszy. W klimacie to coś pomiędzy „Omenem” a „Little Shop of Horrors”. Z drugą wersją łączą go jedynie ogólny zarys fabuły i hektolitry sztucznej krwi. Nowe „Martwe zło” jest bardziej na serio, jest o wiele straszniejsze i majestatyczne w realistycznym pokazywaniu flaków. Obie wersje absolutnie polecam.

To co w trendzie odświeżania filmów rzeczywiście mnie martwi, to fakt, że potrzeba coraz mniej czasu, żeby zrobić remake. Tak jak przy wspomnianym „Sierocińcu”, czy „Dziewczynie z tatuażem”, gdzie dystans między skandynawską a amerykańską wersją zajął jedynie dwa lata. Ludzie, o co chodzi? Ja rozumiem, że Amerykanie wszystko muszą dostosować do swojego schematu kulturowego, ale bez przesady – pierwowzór nie jest aż tak niezrozumiały, żeby „tłumaczyć” go dwa lata później.

To wszystko sprawia, że idąc do kina często mam wrażenie jakbym nie oglądała filmu fabularnego, tylko serial. Te same historie, ci sami aktorzy, reżyserzy powtarzający w kółko jeden motyw. Czy naprawdę tak ciężko znaleźć w Hollywood młodego, utalentowanego scenarzystę, który stworzy ciekawą opowieść? Robi się studia z kreatywnego pisania, a jedyne, co wychodzi spod palców filmowców to wariacje na temat tego, co się już sprzedało. Wszystko przez rozmiary, do których rozrósł się przemysł kinematograficzny. Wytwórnie pompują w produkcje tak dużo kasy, że chcą mieć chociaż minimum gwarancji, że się zwróci.

Nie mam nic przeciwko remake’om samym w sobie –  czekam na nową „Barbarellę”, „Amercian Psycho” i „Escape from New York” – w końcu wszyscy lubimy piosenki, które już znamy. Chodzi wyłącznie o odrobinę zdrowego rozsądku. Moglibyśmy się umówić, że nie rozbijamy pojedynczych książek na kilka części, wydajemy jedną wersję serii o danym superbohaterze na dekadę, a między remake’ami pojedynczych filmów zostawiamy odstęp co najmniej 15 lat. Może to zmusiłoby producentów do odrobiny szaleństwa i częstszego ufania w projekty o niepewnej przyszłości, a mi umożliwiło zobaczenie czegoś świeżego w kinie.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.4/10 (5 votes cast)
Remake - drugie imię popkultury, 8.4 out of 10 based on 5 ratings
  • Jaskier

    Nie rozumiem absolutnie tych pretensji o filmy z superbohaterami.
    Z komiksowymi pierwowzorami jest to samo – na rynku jest obecnych jednocześnie kilka serii o jednej postaci, a przecież prócz tego są jeszcze crossovery, występy gościnne, serie z zespołami.
    Niekręcenie filmów byłoby wręcz marnotrawieniem potencjału. Każdy nerd Ci to powie.
    Choć rozumiem, że ktoś niepasjonujący się tematem może czuć znużenie, ale w takim wypadku można po prostu nie oglądać.

    Zapewne najmocniej przeszkadza Ci sytuacja Spider-Mana?

  • http://slawomirgrochowski.pl/ Sławek Grochowski

    Remake „American Psycho”? No way! To dla mnie film kultowy. Wystarczy, że nakręcili „American Psycho 2” bezczeszcząc jedynkę :p