Powrót Birdmana

1
15 stycznia 2015 o 22:20  •  Top, Wszystkie wpisy  •   •  1 odpowiedź

Gdy w pierwszych sekundach filmu zobaczyłam Michaela Keatona w białych gaciach, słuchającego wykładu swojego alter ego o jajach, miałam nikłą nadzieję, że następna scena będzie trochę lepsza. Następnego ujęcia nie było w ogóle, a mimo tego dwugodzinny spacer, który zafundował mi Iñárritu, był jednym z najlepszych, jakie mogłam sobie wymarzyć.

„Birdman” opowiada historię Riggana Thomsona – podstarzałego aktora, który już dawno ma za sobą szczyt sławy, zdobyty dzięki wcieleniu się w tytułowego superbohatera. Mężczyzna jest w fatalnej kondycji fizycznej i psychicznej. Jego rozsypujące się ciało, przerzedzone włosy i wystający brzuch, idealnie korespondują z rozchwianym umysłem – Riggan nawiedzany jest przez Birdmana, w głowie słyszy wiecznie krytykujący go głos. Żeby zrobić w życiu w końcu coś wartościowego i być docenionym za prawdziwą sztukę, postanawia wystawić przedstawienie na Broadwayu.

I tu zaczyna się prawdziwa zabawa. Na pierwszy rzut oka film składa się z dwóch płaszczyzn – realnej i fikcyjnej, będącej urojeniami głównego bohatera. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej, bo w rzeczywistości mamy tu aż cztery wymiary, które nieustannie się przenikają.

Pierwszy z nich jest hiperrealistyczny. Akcja „Birdmana” rozgrywa się w naszym świecie, więc Riggan mówi zazdrośnie o sukcesie Roberta Downey Jr., jako „Iron Mana”. W czasie dyskusji nad doborem aktora do sztuki zastanawia się, czy może zatrudnić Michaela Fassbendera, Woody’ego Harrelsona lub Jeremy’ego Rennera. Niestety, wszyscy z nich są zajęci kręceniem kolejnych blockbusterów.

Tutaj wchodzi pierwszy międzywymiarowy portal. W naszym świecie Michael Keaton ponad 20 lat również przeżywał okres chwały za sprawą roli Batmana u Burtona.

Druga płaszczyzna to realne życie Riggana. To smutny bilans skończonej hollywoodzkiej gwiazdy, która nie potrafi odnaleźć się w masowym świecie nowych mediów i niewiele znaczy w elitarnym półświatku artystycznej bohemy. Była żona, córka po odwyku, wyczerpane środki finansowe i tylko jedna szansa by znów zaistnieć. Zastanawiające jest to, czy „Birdman” nie był przypadkiem dla Keatona tym, czym sztuka jest dla Riggana. W końcu Keaton również dawno nie miał żadnego spektakularnego sukcesu.

Tu pojawia się trzecia płaszczyzna, czyli sceniczna adaptacja „O czym rozmawiamy, kiedy rozmawiamy o miłości” Raymonda Carvera. Ta przestrzeń intensywnie miesza się z filmowym realizmem. Dwie pary w rzeczywistości grają dwie pary na scenie. Głównym motorem sprawczym jest tu Mike Shiner, którego rola przypadła Edwardowi Nortonowi. Shiner wprost mówi, że to scena jest jedynym miejscem, gdzie nie udaje. Bez skrępowania więc pije na przedstawieniu gin i próbuje przed całą widownią przelecieć swoją partnerkę. Na długo oczekiwanej premierze scena staje się również przestrzenią realnych wydarzeń dla Riggana.

na sg

Wreszcie – stykamy się z całą gamą urojeń głównego bohatera walczącego ze swoim złośliwym alter ego. To tutaj wychodzi całe samouwielbienie Riggana, jego poczucie wyższości i przekonanie, że znaczy coś więcej niż bohaterzy internetowych wirali. W tym miejscu dostajemy kolejne odniesienie do hiperrealizmu – niski chropowaty głos i maska człowieka-ptaka same narzucają skojarzenie z człowiekiem-nietoperzem.

Płynność przenikania się światów „Birdmana” została uzyskana dzięki mistrzowskiemu montażowi. Film jest zrealizowany w taki sposób, że sprawia wrażenie jednego długiego ujęcia. Moment, w którym orientujesz się, że kamera wędruje od sceny do sceny od ponad dwudziestu minut jest piorunujący. Właśnie taki efekt uzyskujemy przecież w teatrze – płynność następujących po sobie scen. Zabieg sprawia, że wszystkie płaszczyzny filmu są spięte gigantyczną klamrą spektaklu. Do tego dołącza się bardzo oszczędna ścieżka dźwiękowa, która skupia się na perkusji. I ponownie – jak w teatrze od czasu do czasu możemy dostrzec samego muzyka, który na żywo gra podkład do przedstawienia.

Alejandro González Iñárritu pozostawia szerokie pole do interpretacji tego, czy ta sztuka jest historią o obłąkanym mężczyźnie czy ukrywającym się superbohaterze.

Nawet jeżeli w kinie nie szukacie głębszego sensu, „Birdman” to wciąż świetna rozrywka. Michael Keaton, Edward Nordon i Emma Stone są w swoich rolach doskonali. Sceny przepełnione są intensywnymi emocjami. Dodatkowo jest sporo humoru z pogranicza dobrego smaku, który w pokraczny sposób komponuje się z perukami głównego bohatera, jego scenicznym plastikowym pistolecikiem i białymi gaciami wyjętymi z „Breaking bad”.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)
Powrót Birdmana, 10.0 out of 10 based on 2 ratings
  • wojtexc

    gdy w pierwszych sekundach czytania tej recenzji pomyslalem ze zjade Cie jesli zjedziesz ten film to juz po drugim zdaniu zrobilem uff a na koniec juz pomyslalem ze to swietna recenzja swietnego filmu 😉 pozdr