Pięć filmowych adaptacji lepszych od książki

3
23 października 2013 o 04:06  •  Film, Książka  •   •  3 odpowiedzi

Mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że porównując książki i ich filmowe adaptacje, te pierwsze zwykle wypadają dużo lepiej. Od tej reguły jest jednak kilka naprawdę spektakularnych wyjątków.

Jestem absolutną fanką podejścia „najpierw czytaj, potem oglądaj”. Niestety, to nie zawsze się udaje. Czasami zdarza się, że o istnieniu jakiejś książki dowiaduję się dopiero po obejrzeniu jej ekranizacji. Gdy film jest dobry, przychodzi mi do głowy „hej, to musi byś świetna książka”. Zwykle właśnie w ten sposób łapię się na gnioty, o których wolałabym zapomnieć.

„Dzikość serca”

Tak właśnie było w przypadku jednego z moich ulubionych filmów Lyncha. „Dzikość serca” jest po prostu magnetyczna. Bohaterowie są soczyści i wyraźni, a całość trzyma w napięciu. Sailor Ripley to jedna z niewielu ról Nicolasa Cage’a, o której można powiedzieć, że rzeczywiście ją gra.

Książka Barry’ego Gifforda była dla mnie wielkim rozczarowaniem. To, co w filmie wydaje się być seksowne i tajemnicze, w książce jest po prostu wulgarne i tanie. Jest to zbiór pojedynczych, dziwacznych scen z jeszcze dziwniejszymi zakończeniami. To naprawdę ciężko się czyta.

dzikość serca

„Władca pierścieni”

Wiem, że tą pozycją narażam się bardzo wielu osobom, ale nie mogłam jej tutaj nie zamieścić. Co tu dużo mówić, nawet jeżeli ktoś nie jest wielkim fanem fantasy, film Petera Jacksona robi wielkie wrażenie. Pomimo tego, że każda z części trawa około trzech godzin, oglądając je w ogóle nie mamy wrażenia, że coś tu jest za długie, przeciągnięte lub niepotrzebne (przynajmniej przy pierwszym oglądaniu).

Zupełnie inaczej jest z książką Tolkiena. Gdy w „Drużynie pierścienia” bohaterowie wędrowali do Rivendell, miałam wrażenie, że jestem raczej w „Granicy” Zofii Nałkowskiej. Gęste nagromadzenie opisów spowodowało, że napięcie płynące z fabuły gdzieś mi po prostu uciekło. Jednym słowem: wiało nudą.

władca pierścieni

„Zmierzch”

Ta pozycja może wydawać się tu zupełnie nie ma miejscu – przecież wszyscy wiedzą, że „Zmierzch” to beznadziejny film. Boo hoo! Spróbujcie przeczytać książkę.

Filmowa adaptacja miłosnej historii między wampirem i nastolatką jest naprawdę majstersztykiem, w porównaniu z oryginałem. Udało się tu nieco zatuszować marysuizm głównej bohaterki. Muzyka i zdjęcia są nienajgorsze. Tylko ta fabuła…

W książce jest o wiele gorzej. Stephanie Meyer wydaje się pisać nie tyle do nastolatków, a do przedszkolaków. Jej język jest bardzo ubogi. Rozdziały są pełne powtórzeń. Postaci bardzo płaskie i jednowymiarowe.

Od razu uprzedzam pytanie, dlaczego w ogóle sięgnęłam po tę książkę. Uznajmy, że to w ramach badań terenowych.

zmierzch

„Forrest Gump”

Nigdy nie byłam zagorzałą fanką Gumpa, ale film Zemeckisa od lat porusza pokolenia i trzeba obiektywnie przyznać, że jest dobry. Mamy tu wszystko: bohatera, do którego się przywiązujemy, wzruszającą fabułę, zwroty akcji, bardzo dobrą grę aktorską.

Z kolei książka Winstona Grooma to po prostu zbiór absurdalnych historii. W czasie oglądania filmu wydawało wam się, że przygody Forresta są nieprawdopodobne? W książce jest tego o wiele więcej – nasz poczciwy bohater wyrusza między innymi w kosmos. Dodatkowo, Forrest z książki to prawdziwy głupek. W jednym z rozdziałów próbuje zrobić lemoniadę z brzoskwiń miażdżąc je w skarpecie. Scenarzysta „Forresta Gumpa” musiał być prawdziwym wizjonerem, skoro w tym steku bzdur zobaczył historię o niezłym potencjalne.

forrest gump

„Łowca androidów”

Film Ridleya Scotta jest pod każdym względem perfekcyjny. Świetnie zbudowana, trzymająca w napięciu fabuła. Fantastycznie zagrane postaci (w szczególności Roy Batty wykreowany przez Rutgera Hauera). Idealnie dobrana muzyka. To wszystko złożyło się w idealną całość i sprawiło, że „Łowca androidów” przeszedł do klasyki kina.

Zachęcona świetnym filmem sięgnęłam po książkę Philipa Dicka „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach”. W powieści narracja prowadzona jest z perspektywy Deckarda. Powiem tyle: w jego głowie naprawdę trudno wytrzymać dłużej niż kilka stron. Wszystko jest o wiele bardziej mroczne niż w filmie i przykryte grubą warstwą depresyjnej smoły.

Nie znaczy to wcale, że jest ona słaba. To pozycja, którą wciąż warto przeczytać. Ridleyowi udało się jednak wzbogacić to, co stworzył Dick, i trzeba po prostu przyznać, że adaptacja wyszła tu o wiele lepiej nić oryginał.

łowca androidów

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 5.5/10 (4 votes cast)
Pięć filmowych adaptacji lepszych od książki, 5.5 out of 10 based on 4 ratings
  • Macc

    „Gwiezdny pył” – ekranizacja o wiele lepsza od książki, no i jeszcze masa ekranizacji Kinga które są lepsze od papierowych orginałów.

    • http://popfiction.pl/ Ola Gołąb

      Trzeba przy tym zaznaczyć, że najlepsze ekranizacje Kinga to te, przy których sam nie majstrował. Dobry z niego pisarz, ale filmowiec naprawdę marny.

  • Jaskier

    Hah. 😀
    „Zmierzch” 😀
    W którejś części wykorzystali efekt dźwiękowy świerszczy, który można pobrać za darmo z Internetu.
    Ale coś w tym jest – nie dałem rady przeczytać czwartej części, a filmy obejrzałem. Wszystkie pięć.