Nie ufajcie Mamoniowi

9
2 lutego 2015 o 10:25  •  Eventy  •   •  9 odpowiedzi

Kiedy dowiedziałam się, że Mocna Grupa Blogerów, której cichym członkiem jestem od kilku miesięcy, organizuje akcję na temat otwartości, trochę się skrzywiłam. Nie jestem szczególnie otwartą osobą, trudno nawiązuję relacje i nie jem śledzi, „bo tak”. Trochę jak inżynier Mamoń – lubię piosenki, które już znam.

W dodatku nigdy nie rościłam sobie pretensji do bycia blogerem społecznym, a właśnie do tej grupy najbardziej wydaje się pasować temat akcji. Nie mam żadnej tajemnej wiedzy, lat doświadczenia i nie posypuję kanapek rukolą, więc nie będę was uczyć jak żyć.

Racjonalnie uznałam, że w świetle zamachu na redakcję „Charlie Hebdo” i wojny na Ukrainie, znajdzie się ktoś, kto poruszy temat otwartości w naprawdę istotnych aspektach, jak wyznanie czy cenzura mediów, o wiele lepiej ode mnie. Ja postanowiłam egoistycznie zrobić eksperyment dla siebie. Albo raczej na sobie.

Lista moich ulubionych rzeczy w kulturze i sztuce, jest bardzo długa. Zawsze kilka książek wybranych autorów na nocnym stoliku, playlisty komponowane pieczołowicie przez lata, regularnie kino, czasem jakaś sztuka czy koncert. Taka ze mnie fajna dziewczyna. Rzeczy, które nie przypadają mi do gustu, zamiatam błyskawicznie pod dywan. Za mało czasu, żeby trwonić go na bzdury. Wizualizacja brudu pod moim „dywanem” przyprawiłabym Rozenek o mdłości.

Akcja zmusiła mnie do heroicznego wysiłku przejrzenia syfu w poszukiwaniu zagubionych skarbów. Mierząc siły na zamiary postawiłam sobie w miarę realistyczne cele. Jedna książka, jeden miniserial i jeden mały koncert, do których normalnie bym się nie zmusiła.

W trójkącie z Murakamim

Pierwszy raz, zmęczona komentarzami „jak to, nie czytałaś Murakamiego”, sięgnęłam po książkę japońskiego pisarza jakieś trzy lata temu. Zupełnie na oślep wybrałam „Sputnik Sweetheart”. Skracając fabułę, to historia o tym, jak on kocha ją, ona kocha swoją dwa razy starszą przełożoną, która nie kocha aktualnie nikogo. Kobiety wyjeżdżają na wspólne wakacje, w czasie których młodsza z nich znika. Pozostała dwójka rozpoczyna poszukiwania.

norwegian-wood-b-iext8613171

Niejasne relacje, nieodwzajemniona miłość, poczucie izolacji, brak spełnienia, niestabilność emocjonalna, depresja i niesatysfakcjonujący seks. To wszystko można znaleźć w tej jednej niedługiej powieści. Do tego polewa z mistycyzmu. Nie było tam właściwie nic dla mnie i więcej po niego nie sięgnęłam.

Przez te trzy lata jego sława jednak nie cichła, a w ubiegłym roku był jednym z faworytów do literackiej Nogrody Nobla, więc w moim eksperymencie padło na jego słynne „Norwegian Wood”.

Dostałam dokładkę tego samego. Znów miłosny trójkąt, izolacja, depresja, relacje, które nie działają tak, jak powinny, poczucie samotności.

Moja intuicja okazała się dobra – Murakami po prostu nie jest dla mnie. Nie potrzebuję książek, które będą parafrazować „Love will tear us apart”. Ładunek emocjonalny jego książek to nie moja bajka, nie czuję cienia sympatii do jego bohaterów, o utożsamianiu się nie mówiąc. Sama jestem pokręcona w zupełnie inny sposób. To bardzo osobista sprawa, bo jednocześnie doskonale wiem, jak dużo można znaleźć u niego zrozumienia, jeśli jesteś w odpowiednim miejscu. Mimo wszystko cieszę się, że sięgnęłam po tę książkę. To bardzo dobry kawał literatury, tylko ja jestem zupełnie gdzie indziej.

Ich matki, ich ojcowie

W okół niemieckiego miniserialu „Nasze matki, nasi ojcowie” wciąż jest sporo kontrowersji. To pozycja, którą wręcz wypada obejrzeć, ale długo z tym czekałam. Nie lubię kina o tematyce wojennej. Nie rozumiem romantyzmu, który wielu widzi w okopach. Dodatkowo mam wrażenie, że łatwo tu popaść w skrajności: albo patetyczna opowieść o bohaterskich jednostkach, albo totalna miazga, flaki i wybuchy.

Glowni_bohaterowie_matek_6145695

Niemiecka produkcja jest bardzo dobrze zrealizowanym studium postaci. Choć grupa pięciorga młodych przyjaciół jest dość nierealistyczna, bo jest w niej i szeregowy, i porucznik, pielęgniarka, diwa i niemiecki Żyd, ich historii trudno nie kupić.

Opowieść rozpoczyna się od przyjęcia pożegnalnego przed wyjazdem dwóch braci na front. Dwudziestokilkuletni piją, tańczą, śmieją się i robią zdjęcie, które będzie im towarzyszyć przez kolejne lata. Tydzień temu żegnałam w podobnej grupie znajomych, którzy wyjeżdżają do Stanów. Choć wzorując się na oscarowym hicie, nasze selfie zrobiliśmy telefonem, a nie analogowym aparatem, oglądając serial cały czas miałam w głowie myśl, że to mogliśmy być my.

I na tym właśnie rozbijają się po części kontrowersje. Praktycznie wszyscy w serialu sprawiają wrażenie fajnych, młodych ludzi z przyszłością, przypadkiem wtłoczonych do wielkiej zbrodniczej machiny, z którą nie chcieli mieć nic wspólnego. Źli są w tej historii jedynie degeneraci i Polacy.

„Nasze matki, nasi ojcowie” to serial z wciągającą historią, porządnie zrealizowany od strony technicznej. Nie ma w nim ani nadęcia, ani dużego nacisku na efektowność. Dodatkowo każe zadać sobie pytanie, czy propagandowe kino niemieckie skończyło się wraz z upadkiem Rzeszy.

Fly me to the happy

Na koniec, niczym zatłuszczony piekarnik, zostawiłam sobie kameralny koncert. Mała sala, instrumenty ograniczone do minimum, kontakt wzrokowy, liryczna muzyka. To rzeczy, które wywołują u mnie fale nagłego zakłopotania.

Po wpisaniu w wyszukiwarkę frazy „koncerty Kraków” okazało się, że w dogodnym terminie jest kabareton (skecze, muzyka – co za różnica) i duet wokalno – instrumentalny. Testowanie granic i otwartości to jedna sprawa, masochizm to zupełnie co innego. Padło na koncert.

Ciasna przestrzeń, na miejscu tylko kilkanaście osób, dwa metry do artystów. Jedziemy.

Okazuje się, że to zlepek zagranicznych i polskich coverów. Dostajemy wszystko. I mam na myśli naprawdę WSZYSTKO. „Fly me to the moon”, „Happy”, „I will survive” i… „Jesteś lekiem na całe zło”. Zagrane na elektronicznym pianinie ustawionym na tryb przypominający nieco cymbałki.

Jest dziwnie. I on, i ona, są bez zarzutu. On gra bardzo dobre solówki, ona ma piękny głos, a mimo tego coś jest nie tak. Dziwny niepokój rozwiał się, gdy wokalistka zaczęła zachęcać do śpiewania i klaskania. Dobra, jesteśmy na weselu.

Z braku czasu może nie trafiłam na specjalnie reprezentacyjny koncert, ale potwierdziłam tam osobistą teorię. Między mną, a artystą musi być co najmniej 10 metrów odległości. Tak, żeby nie zauważył mojego skrępowania na twarzy, kiedy zaczyna się robić nieswojo.

Nie ufajcie Mamoniowi

Moje małe badania nie było kosztowne. Zapłaciłam za nie parę wieczorów, depresyjny nastrój i kilkanaście złotych za przesłodzonego drinka. Bilans jest całkiem zadowalający – z trzech nowych rzeczy wyłowiłam jeden świetny serial.

Przyznaję, że z radością wracam do twierdzy zbudowanej z moich cegieł. Otwartość nie oznacza, że wszystko musi ci się podobać i nic nie podlega krytyce. Parafrazując piosenkę Łony, w każdym z nas siedzi mały Mamoń. Warto jednak czasem zatkać uszy i przestać go słuchać, żeby móc w krytyczny sposób powiedzieć, dlaczego tak właściwie „50 twarzy Greya” jest słabą książką. Inaczej operujemy zasłyszanymi, populistycznymi banałami. W zalewie rzeczy, które są kompletnie nie dla nas, możemy odkryć coś ciekawego.

Tekst powstał w ramach akcji na temat OTWARTOŚCI. Jeżeli chcesz dołączyć do naszej inicjatywy kliknij w poniższy banner i dowiedz się więcej.

Do akcji nominuję:

Katarzynę Czajkę

Andrzeja Tucholskiego

Joannę Topolską

otwartosc2

 

 

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
Nie ufajcie Mamoniowi, 10.0 out of 10 based on 1 rating
  • http://www.lipinski-kamil.pl/ Kamil Lipiński

    Byłem ciekaw podsumowania Twojego eksperymentu. Spodobało mi się to, że jeden sukces na dwie porażki traktujesz jako zadowalający bilans. Nowe interesujące odkrycie faktycznie jest wiele warte.

    • http://popfiction.pl/ Ola Gołąb

      Bo takich rzeczy nie można oceniać ilościowo. Czasami nawet 1 do 10 może być pozytywnym bilansem. :)

      • anx

        Ile to się człowiek musi w życiu naszukać, żeby wyłowić jedną perłę. Ale i dla tej jednej pewnie warto

  • http://www.rudymspojrzeniemnaswiat.blogspot.com Elaine Blath

    Podpisuję się pod Twoimi wnioskami. 😉 ciekawy eksperyment;)

  • http://www.mlodygentleman.pl/ Jan Machyński

    Ciekawe, nigdy bym na to nie wpadł. Fakt, szkoda czasu na to co nie jest mi przyjazne/miłe, ale czasem warto to wyciągnąć na wierzch, aby ktoś zobaczył i może uniknął zawodu. :)
    Gratuluję fajnego podjęcia tematu.

    • http://popfiction.pl/ Ola Gołąb

      Dzięki! Z pełną odpowiedzialnością polecam zrobić sobie kiedyś taki tygodniowy eksperyment. :)

  • Mag

    Naprawdę wartościowy tekst. :) Podjełaś się tematu w nieoczywisty sposób, dający do myslenia. Ach! no i blog profeska! Gratuluje

    • http://popfiction.pl/ Ola Gołąb

      Dzięki :)

  • http://weryfikatorka.blogspot.com/ Emeri Nor

    Bardzo, bardzo fajny tekst. Świetnie, że wśród okalającej nas papki są takie blogi jak Twój. Szacun.