„Neon Genesis Evangelion”

2
22 października 2013 o 01:59  •  Film  •   •  2 odpowiedzi

Na pierwszy rzut oka w „Neon Genesis Evangelion” jest wszystko: wielkie mechy, nastolatki z nieproporcjonalnie długimi nogami i Wielka Tajemnica. Niemal cały serial trzyma w genialnym napięciu. A potem jest jak w „Lostach”.

Nigdy nie byłam specjalną fanką anime. Nie mam zbyt wielu doświadczeń z tym gatunkiem, ale praktycznie za każdym razem po obejrzeniu czegoś, co reklamowane jest jako klasyka gatunku, odnosiłam wrażenie, że wolałabym spędzić wieczór oglądając po raz setny Rossa krzyczącego „We were on a break”.

Evangelion był dla mnie fantastycznym zaskoczeniem. To na pierwszy rzut oka klasyczne mecha. Czternastoletni Shinji dowiaduje się, że został wybrany, aby pilotować Evangeliona (w skrócie Evę) – wielkiego robota stworzonego do ochrony Ziemi przed aniołami, czyli obcymi atakującymi Ziemię. W każdym odcinku mamy spektakularne walki.

Akcja rozgrywa się po kataklizmie zwanym Drugim Uderzeniem. Oficjalnie katastrofa, która spowodowała roztopienie pokrywy Antarktydy, była spowodowana uderzeniem meteorytu, ale to oczywiście jedynie przykrywka.

Z każdym odcinkiem serial przestaje być jednak zwykłą siekanką i nabiera wyrazu. Jest to zasługa między innymi dużego nawarstwienia symboliki zaczerpniętej z chrześcijaństwa, judaizmu, w tym w szczególności kabały, czy numerologii. Napięcie jest budowane po mistrzowsku. Z każdym odcinkiem odkrywamy, że rzeczy nie są takie, jakimi wcześniej nam się wydawały. W Evangelione wszystko jest na opak: anioły atakują ziemię, Adam jest czymś mrocznym i pierwotnym, Eva to krwiorzerczy potwór. Efekt jest niesamowity.

Jedyny dyskomfort, jaki odczuwałam w czasie oglądania serii, związny był z głównym bohaterem, który jest typową niedorajdą. To trochę tak, jakby przenieść w realia anime Teda Mosby z „How I met your mother”.

Niedociągnięcia Shinnjiego można jednak zwalić na karb głębokiej depresji, którą autor serii przechodził w trakcie realizowania projektu. Hideaki Anno przelał na chłopca wiele ze swoich osobistych problemów.

Nie bez powodu wspomniałam wcześniej o „Lost”. Tak jaj na wyspie, w Evangelionie kryje się mroczna tajemnica do wyjaśnienia. Widz przez cały serial próbuje odgadnąć, co kryje się pod grubą warstwą pozorów, a na końcu i tak wszystko okazuje się być czymś zupełnie innym.

O dziwo, Evangelion ma dwa zakończenia. Za pierwszym razem autor zupełnie popłynął w metafizykę, przykrył wszystko depresyjną smołą i stworzył coś, co było trudne do odbioru nawet dla najbardziej zagorzałych fanów. Publiczność była tak niezadowolona, że Hideaki Anno otrzymał setki listów z pogróżkami. To pchnęło go do stworzenia alternatywnego zakończenia, które można zobaczyć w pełnometrażowym „End of Evangelion”.

Co tu dużo pisać. Po obejrzeniu całości z dwoma alterantywnymi zakończeniami nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wszystko, co w Evangelionie fajne, wyszło przez przypadek. To trochę tak, jakby wziąć najbardziej nacechowane emocjonalnie sybole kultury, wrzucić je do jednego worka, nadać im nowe znaczenia i tajemniczo się uśmiechnąć. Pole do interpretacji jest olbrzymie, ale taki sam efekt można osiągnąc przy tworzeniu dadaistycznego wiersza – coś zawsze z tego wyjdzie, a gawiedź niech się zastanawia, co autor miał na myśli.

Żeby zupełnie nie zniechęcać, powiem, że absolutnie nie żałuję czasu poświęconego na Evangeliona i rekomenduję jego obejrzenie. Fajnie jest patrzeć, jak pęka balon nadmuchany do takich rozmiarów.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
„Neon Genesis Evangelion”, 10.0 out of 10 based on 1 rating
  • Kasia Kupniewska

    Jedna pomyłka – ten który miał depresję, to Hideaki Anno (reżyser), nie Sadamoto :)

    Sadamoto rysuje mangę i był odpowiedzialny tylko za projekt i wygląd postaci.

    • http://popfiction.pl/ Ola Gołąb

      Dzięki za wyhaczenie błędu :)