It’s good to be bad

0
4 sierpnia 2016 o 22:00  •  Film  •   •  0 odpowiedzi

Chociaż jestem wielką fanką niewymagającej rozrywki, na „Legion samobójców” wybierałam się ze sceptycyzmem. W ciągu ostatnich kilku lat formuła ekranizacji komiksów DC tak bardzo się wyczerpała, że po filmie Ayera nie spodziewałam się wiele. Tym bardziej, że od czasów „Interstellar fiasco” kompletnie nie wierzę już w żadne trailery. Tymczasem to naprawdę fajna nawalanka do obejrzenia w kinie.

Zacznijmy od tego, że nie ma się co czarować – to nie jest film, w którym cokolwiek ma sens. Przy oglądaniu „Suicide Squad” zwykła zasada zawieszenia niedowierzania na czas seansu nie wystarcza. On jest wewnętrznie sprzeczny i przepełniony głupotami, a większość bohaterów jest kompletnie niewiarygodna. Ale oczekiwanie po takim kinie zachowania ciągów przyczynowo-skutkowych jest głupie samo w sobie, dlatego czekając po seansie na tramwaj, nie mogłam się nadziwić  dziewczynom, które w gorączkowej dyskusji uparcie próbowały załatać wszystkie dziury logiczne. Nie róbcie sobie tego – to nie ma sensu.

Zamiast tego warto się skupić na tym, co jest w „LS” najlepsze, czyli prosta rozrywka. W myśl polskiej tradycji politycznej, gdzie złe zwalcza się jeszcze gorszym, dostajemy historię o najgorszych szumowinach, które mają skasować bossa i uratować świat. Po klasycznej sekwencji z przedstawieniem bohaterów bardzo szybko wchodzimy w akcję. Całość jest świetnie zmontowana i w filmie praktycznie nie ma żadnych dłużyzn. Pomaga w tym rewelacyjna ścieżka dźwiękowa, która nadaje tempa. Co chwilę dostajemy lepszy lub gorszy żart, ale bez ciarek żenady. I chociaż z momentu na moment wydarzają się coraz bardziej absurdalne rzeczy, jakoś to kupuję.

Tak wyglądał pierwszy trailer „LS”

Zupełnie odrębną kwestią jest stylistyka. W pierwszych trailerach „LS” klimatem idealnie odzwierciedlało wypadkową bohaterów: było mrocznie, zgniło i trochę strasznie. Ze zwiastuna na zwiastun pojawiało się tam jednak coraz więcej fluorescencyjnych kolorów i ostateczny efekt jest taki, że „Suicide squad” mógłby z powodzeniem zamienić się tytułami z „Neon demon”. Emo skrzyżowane z Hello Kitty. Również efekty specjalne są dyskusyjne. W pewnym momencie zrobiło się gęsto i przaśnie.

A to już jeden z finalnych trailerów – zupełnie inny w charakterze i kolorystyce

Mam wrażenie, że całe przesunięcie w stronę kawaii zawdzięczamy najjaśniejszej gwieździe, czyli Margot Robbie. Twórcy musieli się zorientować po pierwszych pokazach, że Harley Quinn to najbardziej solidny filar filmu i w postprodukcji nieco naciągnęli do niej estetykę. I rzeczywiście – Harley jest jak prawdziwa kwaśna wiśnia na torcie z pozostałych bohaterów przełożonych mdłą masa cukrową. Właściwie nikt nie dotrzymuje jej kroku.

Jest to o tyle dziwne, że ogromna część promocji była skupiona na drugiej połówce zgniłego jabłka, czyli Jokerze. Postać grana przez Leto pojawia się na ekranie łącznie może przez 10 minut. W dodatku jest nazywana „pączusiem” i pomimo morderczych skłonności to określenie idealnie do niego pasuje. Kiedy Harley zostaje pojmana, pączuś płacze samotnie w piernikowej chatce. Na Jaredowego Jokera pewnie przyjdzie jeszcze lepszy moment.

Na sam koniec zostawiam kompletnie niezrozumiałe początkowe 33 proc. pozytywnych opinii na Rotten Tomatoes. Zwykle oceny mnie w ogóle nie interesują, ale w tym przypadku są aż śmiesznie niskie. Lepsze wyniki ma „Transforemrs 4” i „Batman vs Superman”, a żaden z nich nawet nie umywa się do „Suicide squad”. To fajne widowisko i jeżeli szukacie niezobowiązującej rozrywki, koniecznie idźcie do Imaxa. Zdjęcia są utrzymane w ciemnej kolorystyce i oglądanie ich w zwyczajnym 3D, które dodatkowo przyciemnia obraz, jest kiepskim pomysłem. Szkoda nie skorzystać też z profesjonalnego nagłośnienia przy tak dobrej ścieżce dźwiękowej.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
It's good to be bad, 10.0 out of 10 based on 1 rating