Golizna, apokalipsa i filmy dla nastolatków

0
16 sierpnia 2015 o 20:06  •  Film  •   •  0 odpowiedzi

Dzisiaj ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że zaledwie tydzień temu byłam na OFF Festivalu. Wystarczyło kilka dni, żebym zapomniała o jednym z najdziwniejszych performance’ów jakie widziałam, choć zawierał goliznę i kobiece mleko. Pewnie wynika to z faktu, że najgorętszy weekend roku spędziłam pod namiotem.

W zwyczajny letni dzień poranek w namiocie jest koszmarny. Tak wyobrażam sobie klimat w tajlandzkich domach publicznych w środku pory deszczowej. Wilgotność i temperatura sprawiają, że ledwo masz siłę wypełznąć spod przykrycia. Jeżeli jednak od świtu słupek na termometrze sięga w cieniu końca skali, po prostu gotuje ci się mózg. Ludzkie białko ścina się w temperaturze 42 stopni Celsjusza, więc trudno zapobiec lukom w pamięci.

Nie chciałam tłumaczyć po weekendzie w pracy, że mój stan nie jest efektem Mocarza – trzeba było zminimalizować uszczerbek na zdrowiu. Kilka godzin od śniadania do koncertów postanowiłam spędzić w najpiękniejszym tego dnia przybytku cywilizacji – klimatyzowanej galerii handlowej.

W tym miejscu dodam, że galeria handlowa jest jednym z najlepszych miejsc na przeczekanie wszelkiego rodzaju Armageddonów – od zombie apokalipsy po sharknado. Jest w niej mnóstwo zapuszkowanego jedzenia, termoaktywna odzież, sklep ze zwierzętami, dzięki któremu można podtrzymać najbardziej kluczowe gatunki, a w przypadku Galerii Katowickiej – nawet sklep z bronią. Oczywiście pod warunkiem, że zaraza nie wedrze się do środka.

To, co jednak jest najbardziej istotne w tym miejscu, to kino. Jak wiadomo, każdy koniec świata zajmuje trochę czasu, więc jeżeli nie zabiją cię pożeracze mózgu, może być to zwykła nuda. Tam właśnie poszłam. W rozkładzie o tak wczesnej porze: „Papierowe miasta”.

Moja przygoda z Johnem Greenem zaczęła się w 2013 roku, gdy zaciekawiona autorem znajdującym się regularnie na bestsellerowych listach NYT, przeczytałam „Gwiazd naszych wina”. Co tu dużo mówić – książka jest tak samo zła, jak film, który powstał na jej podstawie. Wywody przeintelektualizowanych nastolatków są tak sztuczne, że trudno potraktować tę historię, z całym jej dramatem, poważnie. W efekcie dostajemy melodramatyczny gniot obliczony na wyciskanie łez tanimi chwytami.

Wyznaję zasadę, że serialowi daję przynajmniej trzy odcinki, a autorowi, o ile nie jest to Zofia Nałkowska, dwie książki. Sięgnęłam po kolejną – padło właśnie na „Papierowe miasta”.

Green pisze książki dla nastolatków, więc nie jest specjalnym zaskoczeniem, że to kolejna historia licealnej miłości. Wszystko jest wycięte z równiutkich szablonów. On jest introwertykiem grającym w szkolnym zespole i kumplującym się z podobnymi sobie nerdami. Ona jest lokalną królową i dziewczyną kapitana drużyny. Jednocześnie to bardzo zła dziewczyna, która bierze niedozwolone substancje i wymyka się nocą z domu. Łączy ich jedna niezwykła noc, a później Margo znika. Quentin rusza z przyjaciółmi przez Stany, by ją odnaleźć. Idealna historia na lato.

Nie ma się co oszukiwać – nie poszłabym na ten film, gdyby nie fakt, że wyjście na zewnątrz w kilka sekund przeistaczało mnie w lepką breję. No i jeszcze brwi i zachrypnięty głos Cary Delevingne, która, swoją drogą, ma 23 lata, więc całkiem sporo jak na aktorkę grającą nastolatkę.

Muszę przyznać, że „Papierowe miasta” są dobrze zrealizowane. Wszystko składa się na idealny film w gatunku: młodzież jest piękna, muzyka radosna, ktoś w absurdalnie romantycznych okolicznościach traci dziewictwo, ktoś ma złamane serce i w ogóle nie przeszkadza drewniane aktorstwo. Co prawda kluczowi bohaterowie znów mówią do siebie językiem wykładowców literatury, ale w filmie o wiele mniej kłuje to w oczy niż w książce. Dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam – dwie godziny wytchnienia.

O „Papierowych miastach” też szybko zapomnę. Tym razem nie ze względu na temperaturę – nie ma w nich po prostu nic unikalnego. To ciekawe, bo Green chyba od lat sili się na książki z przekazem.

PS. Jeśli jesteś jedną z dwóch osób na seansie w kinie, możesz być pewien, że pracownik kilka razy przyjdzie sprawdzić, co robicie.

PS.2. Wspomniany wcześniej performance na OFF Festivalu wykonała Ann Liv Young – kobieta, która bardzo lubi się rozbierać. Szczęśliwy traf chciał, że tym razem również karmiła . Wygooglujcie ją, jeśli macie ochotę – ja nie potrafię opowiedzieć o tym, co zobaczyłam.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
Golizna, apokalipsa i filmy dla nastolatków, 10.0 out of 10 based on 1 rating