Chodź, pokażę ci najgorsze rzeczy w telewizji

7
8 lutego 2014 o 16:49  •  Eventy  •   •  7 odpowiedzi

Od kilku tygodni polskie media ekscytują się „Warsaw Shore”. Tymczasem to tylko wierzchołek góry lodowej. Pod spodem są o wiele gorsze rzeczy – łącznie z kanibalizmem.

Przyznaję, „Życie na bogato” obejrzałam z wielką przyjemnością. Ananasy, szampan i „więcej wszystkiego” – to na tyle wysoki poziom absurdu, że serial zalicza się do kategorii „tak złe, że aż dobre”. Myślałam, że jeżeli chodzi o produkcje o bawiących się dwudziestokilkulatkach to maksimum, na jakie pozwoli sobie polska telewizja. A potem stało się „Warsaw Shore”.

Widziałam kilka odcinków „Jersey Shore”, więc polska wersja w ogóle mnie nie interesowała. Ba, celowo unikałam oglądania, choć wiedziałam, że omija mnie przez to cała masa memów z Trybsonem. Po pierwsze, bałam się, że będzie to tak żenujące widowisko, że obejrzę połowę odcinka przez palce. Źle znoszę sytuacje, w których po wspólnie oglądanej scenie wstydzisz się spojrzeć znajomym w twarz, a najchętniej nawzajem wydrapalibyście sobie oczy niczym „Happy tree friends”. Po drugie, niestety, ale mam tendencję do wciągania się w ludzkie zoo, więc świadomie unikam wszelkich ukrytych prawd, big brotherów i rodzinnych sekretów. Proste emocje świetnie mną manipulują, przez co jestem idealnym targetem paradokumentów.

Trzymałam się całkiem nieźle. Do czasu. Tydzień temu byłam na imprezie z grupą dosyć przypadkowych osób i okazało się, że kilka z nich rzeczywiście ogląda „Warsaw Shore”. Normalne, fajne młode osoby. I nic im się nie stało, ich twarze nie nabrały obłąkanego wyglądu Jacka Nickolsona, głowy nie eksplodowały jak w „Skanerach” Cronenberga. Po powrocie do domu odpaliłam aplikację i weszłam do  pieczary Barloga.

Powiem tak: kiedy oglądałam „Warsaw Shore” czułam się po prostu brudna. Pomimo tego, że realizatorzy nie pokazali zbyt wiele cielesnych szczegółów (przynajmniej w pierwszych dwóch odcinkach), ostatni raz borykałam się z podobnymi emocjami przy słynnej scenie Jennifer Connelly z „Requiem dla snu”. Może jestem staroświecka i po prostu nie umiem się bawić, ale chodzenie do łóżka z ludźmi, którzy nawet specjalnie ci się nie podobają, tak po prostu, z nudów, dla zabicia czasu, jakoś nie mieści się w mojej ograniczonej głowie.

Bardziej niż zwierzęca chuć dobiła mnie jednak sytuacja chowaniem „energetyków” i owoców pod łóżko. To po prostu przerażająco smutne, że dwie młode dziewczyny w obawie, że ktoś zje im banany, postanowiły je ukryć (sic!).

Najgorszy w tej całej sytuacji jest jednak fakt, że nie jestem nawet specjalnie zdziwiona, że można obejrzeć coś takiego w telewizji. Granice naszej tolerancji na produkcje wulgarne, krwawe albo w jakiś sposób „niemoralne”, nieustannie się przesuwają. Widzę to wyraźnie na własnej skórze. Gdy w 2010 oglądałam pierwszy odcinek „Walking dead”, korpus czołgający się przez trawnik spowodował u mnie silny skurcz żołądka. Teraz bez problemu oglądam rozpadające się truchła i z radością czekam na nowy odcinek, który wyjdzie już po weekendzie.

Ale seks i przemoc to linia najmniejszego oporu. Żeby zszokować widzów, producenci telewizyjnych show sięgają również po o wiele bardziej wysublimowane narzędzia. W 2011 roku w Holandii wyemitowano operę mydlaną, w której występowali sami aktorzy z zespołem Downa (nawet statyści). Serial o nazwie „Downistie” jest oczywistym nawiązaniem do „Dynastii”. Jest blichtr, gorące uczucia, spiski i zdrady. Pomijając kwestię tego, czy jest to sensowne  czy nie (dla mnie to równie absurdalne jak robienie serialu z samymi karłami), cel został osiągnięty w stu procentach. Kontrowersje nakręciły oglądalność i dzięki temu stacji z nawiązką zwróciły się koszty wielomiesięcznych poszukiwań w celu skompletowania wyjątkowej obsady.

A na koniec najlepszy smaczek. Dosłownie. Rzecz również dzieje się w Holandii. Prezenterzy programu „Test Rabbits” postanawiają zrobić kulinarne show, jakiego jeszcze nie było. Oboje wielkodusznie udostępniają kawałek swojego ciała – lewego pośladka i brzucha – by kolega po przyrządzeniu przez szefa kuchni mógł go zjeść na antenie. Tyle. Nie mam tu nic więcej do dodania.

Media i odbiorcy działają na zasadzie sprzężenia zwrotnego. My uwielbiamy oglądać bulwersujące rzeczy, a potem oburzać się na to, że są pokazywane. Na to, że przez rok ciągle mama Madzi, albo piersi Siwiec. Problem polega na tym, że nie wyłączamy telewizora czy laptopa, tylko jęczymy, jak bardzo nie możemy na to patrzeć. I co ma zrobić taki portal internetowy czy stancja telewizyjna, jeżeli właśnie to cieszy się największą popularnością?

Jeżeli sami nie postawimy sobie ostrej granicy, nikt nie zrobi tego za nas, bo telewizja daje nam to, co najchętniej oglądamy. Wcale nie chcę moralizować, nie jestem lepsza. Zwracam tylko uwagę na jeden fakt: następnym razem, kiedy zaczniesz narzekać, że poziom mediów jest słaby, zastanów się, w ile plotkarskich newsów dzisiaj kliknąłeś i jak brutalne rzeczy oglądasz. I jeżeli masz na nie ochotę – w porządku. Po prostu pogódź się z faktem, że jesteś ich świadomym odbiorcą i przestań mówić, że w telewizji jest sam chłam, na który nie możesz patrzeć.

 

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.0/10 (4 votes cast)
Chodź, pokażę ci najgorsze rzeczy w telewizji, 7.0 out of 10 based on 4 ratings
  • kakadu

    Nie zapominaj o japońskiej telewizji. Dopiero tam wszystko było, albo niedługo będzie 😉

    • http://popfiction.pl/ Ola Gołąb

      Jasne. Chciałam napisać, że czekam aż ktoś zrobi na żywo show z aborcji, ale od razu pomyślałam, że w Japonii to już pewnie było. 😉

  • Joanna Sawicka-Kucharska

    Z ręką na sercu, dopiero Twój wpis sprawił, że obejrzałam cokolwiek związanego z WS (zwiastun wyżej zamieszczony) i mnie to jednak nadal szokuje 😉 Nie wiem, czy świadczy to o moim postępującym odstawaniu od współczesnych standardów, czy to moja drobnomieszczańska moralność, czy jedno i drugie, ale wydaje mi się to jakoś ciężko niewłaściwe ;P I jednak wolałabym, żeby osoby decydujące o tym, co warto, a czego nie warto pokazywać w telewizji, były bardziej odporne na magię wzrastających słupków i z nieco wyraźniej zarysowaną granicą żenady. Bo słusznie piszesz, że ludzie, w tym i ja często, łykną wszystko, co jest wyraziste, kontrowersyjne i łatwe w odbiorze, ale uważam, że to jeszcze nie powód, żeby im (nam) w tych naszych najprostszych gustach nieustannie schlebiać. Idealistyczne to pewnie dosyć, ale ciągle mam nadzieję, że istnieje takie dno, po dotknięciu którego świat się ocknie i opamięta ;P chociaż przytoczony przez Ciebie przykład programu, w którym prowadzący zjadają się nawzajem, zdaje się moim nadziejom przeczyć… 😉

    • http://popfiction.pl/ Ola Gołąb

      Wiesz, Asiu, ja też bym chciała, żeby jednak ktoś mądry „na górze” miał wizję i w tv puszczał po prostu stare dobre filmy. Trudno mi jednak uwierzyć, że proces jest jeszcze do odwrócenia.
      Kiedy Hitchcock starał się o dopuszczenie „Psychozy” do dystrybucji, Motion Picture Association of America próbowało go zmusić do wycięcia sceny pokazującej… toaletę. 😉 Te czasy już nie wrócą.

  • Bokobród

    Przepraszam, że poprawiam, ale jest linia najmniejszego oporu, nie najmniejsza linia oporu, a o najniższej linii oporu słyszę pierwszy raz. Pozdrawiam i zostaję nowym czytelnikiem!

    • http://popfiction.pl/ Ola Gołąb

      Heh, to przez te emocje. Dzięki za wychwycenie 😉

  • Mark

    Nie wiecie durni, że to nie tylko wasze przyzwolenie sprawia, że media (kontrolowane przecież przez masońskie grupy dążące do degeneracji i całkowitego rozpadu moralnego społeczeństwa poprzez podawanie coraz bardziej jawnych treści erotycznych i seksualnych), ale też nasycanie waszych oczu, uszu, duszy takimi obrazami?

    Jesteś tym, co oglądasz.

    Na szczęście są ludzie, którzy nie dadzą się zmanipulować tej grupie rządzących światem i doprowadzą do buntu i otworzą oczy ogłupionym masom, które coraz łatwiej jest kontrolować.